Bankructwo odłożone w czasie
Artykuł został dodany 28-12-2008 przez Wojtek SuchomskiSystem emerytalny zbankrutuje
Przez całe wieki o starszych i niedołężnych ludzi troszczyły się ich dzieci. Im więcej dzieci miał starzec, tym spokojniej patrzył na jesień życia. W latach 80-tych XIX wieku kanclerz Niemiec - Bismarck - stworzył system zabezpieczeń emerytalnych, na którym opierają się obecne systemy emerytalne. Wszyscy pracujący płacili dodatkowy podatek, z którego finansowano emerytury. Ponieważ młodych ludzi ciągle przybywało, takie systemy notowały ciągłe nadwyżki. Często nadwyżki przejadano, tak jak działo się to w latach PRL-u. Wraz z rozwojem zabezpieczeń emerytalnych potrzeba posiadania potomstwa, które zapewni nam byt na starość zanikła. Ponieważ obecnie ludzie coraz więcej pracują i płacą coraz wyższe podatki, dziecko stało się luksusem, a czasem przykrym obowiązkiem. Mało kto ma obecnie więcej niż dwoje dzieci, chyba że jest bogatym amerykańskim aktorem. Dzieci zabierają rodzicom dużo czasu, potrzebnego do pracy i płacenia coraz więcej danin żarłocznemu Systemowi, który gwarantuje wypłatę naszych emerytur.
10 lat temu próbowano usprawnić działanie systemu emerytalnego w Polsce, wprowadzając prywatne systemy emerytalne. Obiecano nam, że płacone składki pozostaną naszą własnością, będzie można je wypłacić jednorazowo, lub kupić emeryturę, a po naszej śmierci będzie je dziedziczyć rodzina. Niestety, Polska nigdy nie miała zbyt dobrych planistów, dlatego po 10 latach postanowiono zmienić reguły gry. Pewien odważny obywatel potraktował poważnie obietnicę, że składki są jego własnością i odmówił ich płacenia. Sprawa dotarła aż do Sądu Najwyższego, który orzekł, że obywatel się myli, składki na ubezpieczenie społeczne są własnością państwa i nie można się wymigać z tej daniny. W tym roku (w sierpniu) rząd Platformy Obywatelskiej postanowił ponadto, że jedyna możliwość na emeryturze to wykupienie emerytury w zakładzie emerytalnym, nie będzie możliwości dziedziczenia. Zastanawiam się, kto zostałby w II filarze, gdyby eksperymentalnie rząd powiedział: "jeśli chcecie, wypłaćcie Wasze składki". Podejrzewam, że nikt. Pisałem już kiedyś, że w Polsce rządy wielokrotnie robiły obywateli w balona: przedwojenne obligacje, nacjonalizacja majątków, wymiana pieniędzy itp. Polskim politykom po prostu nie można ufać, obywatele zawsze dostaną po kieszeni.
Ale jest coś groźniejszego od polskich polityków. Tym czymś jest demografia, która załatwi nasz system emerytalny na cacy. Niby od dawna wiadomo, że przybywa emerytów, za to coraz bardziej ubywa ludności w wieku pracującym. GUS publikuje raporty, ale pokutuje pogląd, że "jakoś to będzie". Podejrzewam, że za kilka lat będzie za późno i konieczne będą ostre cięcia budżetowe w innych dziedzinach, bo jak zwykle ockniemy się z ręką w nocniku. Ja się już pogodziłem z tym, że mamy ograniczonych umysłowo polityków, krótkowzrocznych, a co gorsza nieumiejących się dogadać ze sobą.
GUS prognozuje, że liczba ludności w wieku produkcyjnym zmniejszy się z 24,5 mln w 2007 roku do 20,7 mln w 2035 roku. W Polsce pracuje tylko 58% ludzi w wieku produkcyjnym (najgorszy odsetek w całej Europie), więc w 2035 roku składki emerytalne będzie płaciło tylko 12 mln ludzi (na 36 mln Polaków). Czyli jeden pracujący będzie utrzymywał trzech ludzi, w tym siebie. Polska nie jest krajem, który posiada wielkie rezerwy kapitałowe i przy obecnej polityce rządu, nie będzie nim także za 30 lat. Oznacza to, że obciążenia podatkowe pozostaną bardzo wysokie, aby móc utrzymać świadczenia społeczne na obecnym poziomie.
Chciałbym
wierzyć, że dzisiejsi pracujący odłożą sobie na emerytury solidny
kapitał, który zapewni im dostatnią jesień życia. Tak jednak nie
będzie. Niedawno indeks giełdowy WIG sięgnął poziomu z lat 1997-2000 i od lat przypomina sinusoidę. Długoterminowo w Polsce nie zarabia się na
giełdzie, więc dzisiejsi pracujący otrzymają na emeryturze sumę swoich
składek pomniejszoną o prowizje wypłacone funduszom emerytalnym
(najwyższe prowizje w całej Europie). Wczorajsza Wyborcza zatroskała się,
że niewielu Polaków chce wpłacać na Indywidualne Konta Emerytalne
(IKE). W tym roku rachunki zlikwidowało 120 tys. ludzi. Przyjrzałem się
temu systemowi IKE i widzę kompletny bezsens! Jedyną zachętą do wpłat
na IKE jest zwolnienie z "podatku Belki" ale tylko dla wpłat do 9 tys.
złotych rocznie (jeszcze miesiąc temu było to tylko 4,5 tys. zł
rocznie). Zakładając optymistycznie, że zysk sięgnie 10% rocznie, cała
ta wielka zachęta wynosi 180 złotych rocznie. Po stronie ryzyk jest
ryzyko spadku wartości wpłat, brak kontroli nad tymi środkami,
zamrożenie ich do 60 (?), 65 (?), 70 (?) roku życia, ryzyko że któregoś
dnia państwo przejmie moje oszczędności, tak jak to się stało w Argentynie. No i konieczność płacenia prowizji firmom, które tymi
środkami obracają. Dla 180 złotych oszczędności rocznie dla mnie
osobiście jest to gra niewarta świeczki, tym bardziej że sam oszczędzam
znacznie więcej i mam lepsze wyniki inwestycyjne od błyskotliwych
zarządzających funduszami inwestycyjnymi (ironia). Być może IKE
cieszyłyby się większą popularnością, gdyby przeznaczane tam pieniądze
zwolnić z podatku od dochodów osobistych (PIT). Przypomnijmy, że
obecnie pieniądze, które trafiają na IKE to pieniądze już po potrąceniu
podatków. Samo zwolnienie z podatku od zysków kapitałowych (podatku
Belki) to za mało, aby przyciągnąć chętnych. Przy okazji, na spadek
zainteresowania IKE wpływa także kryzys zaufania do rządzących (Saturn
opozycja Uran) i państwa polskiego, które firmuje tę całą ideę.
Coraz bardziej opiekuńcze państwo nakłada na nas coraz to kolejne daniny, odbierając nam motywację do samodzielnego dbania o byt. Mam znajomą prawniczkę, która uważa, że płacenie na OFE to dobry pomysł, bo "ludzie sami by przejedli te pieniądze, nic sobie nie odłożyli, a potem na starość przyszliby aby państwo im dało na życie". No cóż, pod koniec lat 80-tych taki model przyjęła Nowa Zelandia. Powiedzieli: "likwidujemy składki na ubezpieczenie emerytalne, ale swoją starość sami musicie sobie zabezpieczyć". System świetnie działa, przy okazji zaoszczędzono mnóstwo pieniędzy na tamtejszych "ZUS-owskich" urzędnikach. W Polsce ten system też by się przyjął, bo obywatele są przyzwyczajeni do wystawiania ich do wiatru przez państwo i sami potrafią się o siebie zatroszczyć? Przykład? 80% bezrobotnych nie ma już prawa do zasiłku i jakoś sobie radzą. To jest 2 miliony ludzi! Podejrzewam, że mając świadomość zbliżającej się emerytury ludzie staliby się bardziej gospodarni, a przynajmniej rodziliby więcej dzieci.
Mój wpis zazębia się z wpisem na blogu Wykresy Giełdowe, który prognozuje poważne napięcia budżetowe z powodu spadku liczby pracujących i jednoczesnego (gwałtownego) wzrostu liczby emerytów. Polacy lubią być emerytami - w tym roku dosłownie RZUCILI się na emerytury, masowo na nie przechodząc ze względu na zmianę przepisów. Żaden budżet tego nie wytrzyma. Wykresy Giełdowe przewiduje także spadek popytu na mieszkania. O tym mówi także prognoza GUS, że nie tylko będzie zmniejszać się liczba ludności Polski, ale wielu z nas będzie przeprowadzać się na tereny wiejskie. Obecnie w miastach żyje 23 mln ludzi, w 2035 roku będzie żyło 21 mln. A więc ceny mieszkań w miastach spadną, podczas kiedy na terenach wiejskich przejściowo pozostaną na tym samym poziomie.
Myślę, że czas Europy się skończył. Nadchodzi czas Azji (Chiny+Indie), gdzie przybywa ludzi w młodym wieku, gospodarki rozwijają się i nie są tak obciążone systemami emerytalnymi.












